Wszyscy są już zmęczeni tym tematem. Powoli boimy się otworzyć lodówkę, żeby nie wyskoczył z niej koronawirus. Oczywiście oby tylko w przenośni, a nie dosłownie. Koronawirus dokonał już znacznego spustoszenia w ludzkich organizmach jak i w kalendarzach sportowych. Praktycznie cały sport zamarł, został wstrzymany na cały miesiąc, jak nie dłużej. Spośród bardziej odległych imprez przełożono już piłkarskie Euro na kolejny rok. Póki co w temacie igrzysk olimpijskich cisza. Japończycy zapewniają, że do tego czasu sytuacja się uspokoi. Oby. W Chinach temat już opanowali. W ostatnich dniach przybywa po kilkudziesięciu zarażonych, wyleczonych już jest jednak około tysiąca dziennie. Z kolei we Włoszech jest coraz gorzej. Wojskowe konwoje wywożą zmarłych. W jakim kierunku pójdzie to w Polsce? Patrząc na przebieg infekcji w innych krajach, my się dopiero rozpędzamy. Szczyt przypadnie za jakieś dwa tygodnie.
W tej sytuacji dobrą decyzją było przesunięcie pierwszych dwóch kolejek Ekstraligi oraz inauguracji niższych lig. To i tak pewnie okaże się za mało. Podejrzewam, że również w maju możemy zapomnieć o ściganiu. A może jeszcze i w czerwcu? Tu i ówdzie w mediach padają informacje, że zdążylibyśmy z sezonem nawet gdyby ten miał ruszyć w sierpniu. To prawda, zimy ostatnio nie ma. Listopad bywa chłodny, najwyżej kibice ubiorą ciepłe kurtki. Pamiętam październikowy finał Złotego Kasku w Bydgoszczy w 2002 roku. Całe podium dla zawodników miejscowej Polonii - bracia Gollbowie przed Piotrem Protasiewiczem. Zimno było tak przenikliwe, że zgrabiałe ręce wyciągałem z kieszeni tylko na chwilę, by chwycić w dłoń długopis i zanotować wyniki. Przeżyłem. Liga w październiku kiedyś była czymś oczywistym. Dawniej nawet zahaczała o listopad. A pamięta ktoś Turniej Gwiazdkowy w Pile? Albo Sylwestrowy zorganizowany przez Władysława Golloba w Warszawie? Na torze Gwardii, do którego obecnie nikt się nie chce przyznać, ale też nikt nie chce oddać we władanie komuś innemu. Patowa sytuacja w tej stolicy. Bez toru nie ma co myśleć o reaktywacji.
Ale wróćmy do koronawirusa. Ponownie. Liga ligą, ale co z cyklem Grand Prix? Jorge Viegas, prezydent FIM, też stwierdził, że jakby co to można rozgrywać imprezy motocyklowe aż do grudnia. W przypadku żużla nie byłbym jednak tego taki pewien. Grudzień w Szwecji? W Danii? W Wielkiej Brytanii? Będzie to wymagało ogromnej organizacyjnej gimnastyki. Terminów na wielkich stadionach będzie brak. Prezes PZM Michał Sikora w kontekście rozmowy o Grand Prix w Warszawie mówił, że o pozwolenie na organizację takiej imprezy trzeba ubiegać się co najmniej 30 dni wcześniej. Nie zazdroszczę działaczom.
Nie tylko jednak tym z PZM czy FIM, ale też działaczom klubowym. W związku z epidemiologicznym zagrożeniem mocno ucierpi gospodarka. Samorządy będą miały ważniejsze cele i obowiązki niż finansować zawodowy żużel. Zagranicznych zawodowców podróżujących po Europie. Zdecydowanie ważniejsi będą lokalni przedsiębiorcy jak i zwykli mieszkańcy. Rząd zaproponował co prawda "tarczę antykryzysową" lecz wygląda to bardziej na przerzucanie pieniędzy z kieszeni do kieszeni niż na faktyczne udogodnienia, jakimi byłoby obniżenie ZUS czy VAT, aby pracodawcom zostało więcej pieniędzy dla pracownika. Ale nie miejsce tu na dyskusje o polityce. W każdym razie niektóre samorządy już przycinają obiecane dotacje, w tym np. w Gorzowie. Prezes Stali, Marek Grzyb, już podnosi larum. SE i GKSŻ będą miały ciężki orzech do zgryzienia. Kontrakty z żużlowcami trzeba będzie prawdopodobnie renegocjować. Czy kluby w tej materii będą zdane jedynie same na siebie, czy centrala przyjdzie z odsieczą? Z pewnością na takie decyzje mamy jeszcze trochę czasu, ale nie wątpię, że panowie Stępniewski czy Szymański już o tym myślą.
Zresztą każdy kto jest świadom obecnej sytuacji, myśli o jej konsekwencjach. Choć nie brakuje w tej materii ignorantów. Jak wszędzie tak i w żużlu znajdują się tacy co lekceważą zagrożenie. Są w tej grupie Duńczycy Patrik Hansen czy Nicolai Klindt. Prezes Ostrovii, Radosław Strzelczyk, ma nadzieję że Klindt zmieni nastawienie. Zmienił je Daniel Bewley, który po niefortunnym wpisie na temat koronawirusa zdążył zamieścić już sprostowanie. Ponoć niefortunnie dobrał słowa. Zresztą Brytyjczycy długo ignorowali zagrożenie. Przy ponad stu ofiarach śmiertelnych dopiero niedawno postanowili zamknąć szkoły. Premiership w końcu też została zawieszona. Póki co do 15 kwietnia, choć Ipswich Witches, z trzykrotnym mistrzem świata Jasonem Crumpem na pokładzie zostało zaprezentowane. Czarownicom na wyjazd na tor pozostanie jednak jeszcze poczekać. Jak i reszcie świata. Oby jak najkrócej!
Tygodnik Żużlowy 13/2020
czwartek, 2 kwietnia 2020
Rewolucja? Ale to już było...
Żużel jest generalnie prostym sportem z przejrzystymi zasadami. Czterech gości (czasem też kobiety) kręci cztery kółka, a na mecie w zależności od zajętego miejsca dostaje 3, 2, 1 lub 0 punktów. Turnieje indywidualne mają przejrzystą i sprawiedliwą dwudziestobiegową rozpiskę, w której każdy potyka się raz z każdym rywalem. Czwórmecze? Podobnie. Zawody parowe? Tak samo - 21 biegów i sprawa jasna. Z małymi wyjątkami od kilkudziesięciu lat tak wygląda speedway. Od czasu do czasu wszelakie władze żużlowe wpadają jednak na wątpliwej jakości pomysł wprowadzenia rewolucji, która ma dać nową jakość.
Tym razem padło na SoN. Pomimo szumnych zapowiedzi Speedway of Nations na razie daleko do prestiżu Drużynowego Pucharu Świata. Wydaje się, że przyczyną jest na siłę udziwnianie tych rozgrywek. Zaczynając od nazwy - w latach 1970-1993 mieliśmy Mistrzostwa Świata Par, z dwoma nieoficjalnymi próbami w Kempten w 1968 roku i w Sztokholmie w 1969 roku. Liderem klasyfikacji medalowej owego cyklu byli Duńczycy z ośmioma triumfami, głównie za sprawą dominacji "gangu Olsena" w żużlu lat osiemdziesiątych. W latach 1994-1998 z kolei zreorganizowane Drużynowe Mistrzostwa Świata przyjęły formułę turnieju par. Wydawało się więc, że nowe rozgrywki i teraz przyjmą nazwę Mistrzostw Świata Par. FIM postanowiła jednak tchnąć nieco nowoczesności i tradycyjną nazwę zastąpić tworem Speedway of Nations.
Na tym nie koniec jednak udziwnień. Sam turniej postanowiono przeprowadzić w formule dwudniowej rywalizacji, w której o tytule decyduje i tak... jeden finałowy bieg. A więc dwa dni, 42 biegi, tylko po to by jeden defekt mógł zniweczyć całą walkę. W tym roku FIM poszedł o krok dalej - postanowiono pomanipulować przy punktacji biegowej. O ile system 4-3-2-0 przewijał się już kilkukrotnie w historii, o tyle nigdzie nie przetrwał dłużej. Ostatni przykład jego zastosowania mieliśmy przy okazji rozgrywanego przez One Sport turnieju Speedway Best Pairs. Tam również próbowano wymyślić koło na nowo i formuła ta obowiązywała w pierwszych dwóch edycjach - w sezonach 2013 i 2014. Od roku 2015 powrócono do tradycyjnej punktacji. "Stosowana rok temu formuła 4-3-2-0 nie do końca się przyjęła, przeanalizowaliśmy sytuację dokładnie i stwierdzamy, że lepiej wrócić do normalnej punktacji. " - stwierdził wtedy Jan Konikiewicz z One Sport. Szybko udało się przejrzeć na oczy i zauważyć że nie ma sensu zmieniać czegoś co wszyscy dobrze znają.
Wydaje się to oczywiste. Po co mieszać w sprawdzonej punktacji, którą każdy zna? Jest to przede wszystkim mniej przejrzyste dla kibiców, bo mniej intuicyjne. Jak zawodnik zdobywa powiedzmy 13 punktów i bonus w postaci (3,3,2,2*,3) wszyscy odruchowo wiemy co to znaczy - bardzo dobry występ, porażka z jednym rywalem. Co taki sam dorobek oznacza w nowym systemie? Tu już trzeba trochę pogłówkować. Tylko po co? W imię czego? A jak jeszcze przy zawodniku pojawią się jakieś „czwórki” to obraz mamy już kompletnie zamazany. Nowa formuła ma sprzyjać walce drużynowej. W jaki sposób? Zapewne chodzi o to, aby pilnować swojego partnera przy wyniku 3:3 (przy nowej punktacji - 5:4), zamiast ruszać w pogoń za prowadzącym rywalem. A co ma zrobić prowadzący? Celowo spaść na drugą lokatę aby blokując jednego z rywali próbować pomóc swojemu partnerowi? Już pomijając, że faktycznie jakiś defekt czy wykluczenie w ogóle odbierze sens jakiejkolwiek rywalizacji - samotny zawodnik w żaden sposób nie będzie w stanie nawet zremisować biegu.
One Sport dostrzegło po dwóch latach, że ta punktacja nie przynosi żadnej wartości dodanej, a jedynie miesza w głowie kibicom. Ile czasu zajmie FIM-owi dojście do tego wniosku? Miejmy nadzieję, że nie dłużej. W kolejce czekają do zniesienia kolejne absurdalne przepisy, typu rezerwowy, który musi być młodzieżowcem i musi odjechać chociaż jeden bieg. Jakby nie można było zrobić klasycznego turnieju parowego z przejrzystą punktacją. One też bywały emocjonujące, każdy bieg był wtedy istotny. Obecnie czasem w drugiej części turnieju emocje opadają, bo już wiadomo kto będzie w barażu, a kto w finale i mamy rozprężenie w oczekiwaniu na decydującą fazę zawodów. Przy klasycznym formacie mielibyśmy pewność, że wygra faktycznie najlepszy. Czasem mam jednak wrażenie, że nie o to chodzi we współczesnym żużlu...
Tygodnik Żużlowy 13/2020
Tym razem padło na SoN. Pomimo szumnych zapowiedzi Speedway of Nations na razie daleko do prestiżu Drużynowego Pucharu Świata. Wydaje się, że przyczyną jest na siłę udziwnianie tych rozgrywek. Zaczynając od nazwy - w latach 1970-1993 mieliśmy Mistrzostwa Świata Par, z dwoma nieoficjalnymi próbami w Kempten w 1968 roku i w Sztokholmie w 1969 roku. Liderem klasyfikacji medalowej owego cyklu byli Duńczycy z ośmioma triumfami, głównie za sprawą dominacji "gangu Olsena" w żużlu lat osiemdziesiątych. W latach 1994-1998 z kolei zreorganizowane Drużynowe Mistrzostwa Świata przyjęły formułę turnieju par. Wydawało się więc, że nowe rozgrywki i teraz przyjmą nazwę Mistrzostw Świata Par. FIM postanowiła jednak tchnąć nieco nowoczesności i tradycyjną nazwę zastąpić tworem Speedway of Nations.
Na tym nie koniec jednak udziwnień. Sam turniej postanowiono przeprowadzić w formule dwudniowej rywalizacji, w której o tytule decyduje i tak... jeden finałowy bieg. A więc dwa dni, 42 biegi, tylko po to by jeden defekt mógł zniweczyć całą walkę. W tym roku FIM poszedł o krok dalej - postanowiono pomanipulować przy punktacji biegowej. O ile system 4-3-2-0 przewijał się już kilkukrotnie w historii, o tyle nigdzie nie przetrwał dłużej. Ostatni przykład jego zastosowania mieliśmy przy okazji rozgrywanego przez One Sport turnieju Speedway Best Pairs. Tam również próbowano wymyślić koło na nowo i formuła ta obowiązywała w pierwszych dwóch edycjach - w sezonach 2013 i 2014. Od roku 2015 powrócono do tradycyjnej punktacji. "Stosowana rok temu formuła 4-3-2-0 nie do końca się przyjęła, przeanalizowaliśmy sytuację dokładnie i stwierdzamy, że lepiej wrócić do normalnej punktacji. " - stwierdził wtedy Jan Konikiewicz z One Sport. Szybko udało się przejrzeć na oczy i zauważyć że nie ma sensu zmieniać czegoś co wszyscy dobrze znają.
Wydaje się to oczywiste. Po co mieszać w sprawdzonej punktacji, którą każdy zna? Jest to przede wszystkim mniej przejrzyste dla kibiców, bo mniej intuicyjne. Jak zawodnik zdobywa powiedzmy 13 punktów i bonus w postaci (3,3,2,2*,3) wszyscy odruchowo wiemy co to znaczy - bardzo dobry występ, porażka z jednym rywalem. Co taki sam dorobek oznacza w nowym systemie? Tu już trzeba trochę pogłówkować. Tylko po co? W imię czego? A jak jeszcze przy zawodniku pojawią się jakieś „czwórki” to obraz mamy już kompletnie zamazany. Nowa formuła ma sprzyjać walce drużynowej. W jaki sposób? Zapewne chodzi o to, aby pilnować swojego partnera przy wyniku 3:3 (przy nowej punktacji - 5:4), zamiast ruszać w pogoń za prowadzącym rywalem. A co ma zrobić prowadzący? Celowo spaść na drugą lokatę aby blokując jednego z rywali próbować pomóc swojemu partnerowi? Już pomijając, że faktycznie jakiś defekt czy wykluczenie w ogóle odbierze sens jakiejkolwiek rywalizacji - samotny zawodnik w żaden sposób nie będzie w stanie nawet zremisować biegu.
One Sport dostrzegło po dwóch latach, że ta punktacja nie przynosi żadnej wartości dodanej, a jedynie miesza w głowie kibicom. Ile czasu zajmie FIM-owi dojście do tego wniosku? Miejmy nadzieję, że nie dłużej. W kolejce czekają do zniesienia kolejne absurdalne przepisy, typu rezerwowy, który musi być młodzieżowcem i musi odjechać chociaż jeden bieg. Jakby nie można było zrobić klasycznego turnieju parowego z przejrzystą punktacją. One też bywały emocjonujące, każdy bieg był wtedy istotny. Obecnie czasem w drugiej części turnieju emocje opadają, bo już wiadomo kto będzie w barażu, a kto w finale i mamy rozprężenie w oczekiwaniu na decydującą fazę zawodów. Przy klasycznym formacie mielibyśmy pewność, że wygra faktycznie najlepszy. Czasem mam jednak wrażenie, że nie o to chodzi we współczesnym żużlu...
Tygodnik Żużlowy 13/2020
Subskrybuj:
Posty (Atom)