czwartek, 2 kwietnia 2020

Dzienniki motocyklowe (8): Żużlowy przekładaniec - czyli kto zagrożenie lekceważy, a kto o nim myśli poważnie

Wszyscy są już zmęczeni tym tematem. Powoli boimy się otworzyć lodówkę, żeby nie wyskoczył z niej koronawirus. Oczywiście oby tylko w przenośni, a nie dosłownie. Koronawirus dokonał już znacznego spustoszenia w ludzkich organizmach jak i w kalendarzach sportowych. Praktycznie cały sport zamarł, został wstrzymany na cały miesiąc, jak nie dłużej. Spośród bardziej odległych imprez przełożono już piłkarskie Euro na kolejny rok. Póki co w temacie igrzysk olimpijskich cisza. Japończycy zapewniają, że do tego czasu sytuacja się uspokoi. Oby. W Chinach temat już opanowali. W ostatnich dniach przybywa po kilkudziesięciu zarażonych, wyleczonych już jest jednak około tysiąca dziennie. Z kolei we Włoszech jest coraz gorzej. Wojskowe konwoje wywożą zmarłych. W jakim kierunku pójdzie to w Polsce? Patrząc na przebieg infekcji w innych krajach, my się dopiero rozpędzamy. Szczyt przypadnie za jakieś dwa tygodnie.

W tej sytuacji dobrą decyzją było przesunięcie pierwszych dwóch kolejek Ekstraligi oraz inauguracji niższych lig. To i tak pewnie okaże się za mało. Podejrzewam, że również w maju możemy zapomnieć o ściganiu. A może jeszcze i w czerwcu? Tu i ówdzie w mediach padają informacje, że zdążylibyśmy z sezonem nawet gdyby ten miał ruszyć w sierpniu. To prawda, zimy ostatnio nie ma. Listopad bywa chłodny, najwyżej kibice ubiorą ciepłe kurtki. Pamiętam październikowy finał Złotego Kasku w Bydgoszczy w 2002 roku. Całe podium dla zawodników miejscowej Polonii - bracia Gollbowie przed Piotrem Protasiewiczem. Zimno było tak przenikliwe, że zgrabiałe ręce wyciągałem z kieszeni tylko na chwilę, by chwycić w dłoń długopis i zanotować wyniki. Przeżyłem. Liga w październiku kiedyś była czymś oczywistym. Dawniej nawet zahaczała o listopad. A pamięta ktoś Turniej Gwiazdkowy w Pile? Albo Sylwestrowy zorganizowany przez Władysława Golloba w Warszawie? Na torze Gwardii, do którego obecnie nikt się nie chce przyznać, ale też nikt nie chce oddać we władanie komuś innemu. Patowa sytuacja w tej stolicy. Bez toru nie ma co myśleć o reaktywacji.

Ale wróćmy do koronawirusa. Ponownie. Liga ligą, ale co z cyklem Grand Prix? Jorge Viegas, prezydent FIM, też stwierdził, że jakby co to można rozgrywać imprezy motocyklowe aż do grudnia. W przypadku żużla nie byłbym jednak tego taki pewien. Grudzień w Szwecji? W Danii? W Wielkiej Brytanii? Będzie to wymagało ogromnej organizacyjnej gimnastyki. Terminów na wielkich stadionach będzie brak. Prezes PZM Michał Sikora w kontekście rozmowy o Grand Prix w Warszawie mówił, że o pozwolenie na organizację takiej imprezy trzeba ubiegać się co najmniej 30 dni wcześniej. Nie zazdroszczę działaczom.

Nie tylko jednak tym z PZM czy FIM, ale też działaczom klubowym. W związku z epidemiologicznym zagrożeniem mocno ucierpi gospodarka. Samorządy będą miały ważniejsze cele i obowiązki niż finansować zawodowy żużel. Zagranicznych zawodowców podróżujących po Europie. Zdecydowanie ważniejsi będą lokalni przedsiębiorcy jak i zwykli mieszkańcy. Rząd zaproponował co prawda "tarczę antykryzysową" lecz wygląda to bardziej na przerzucanie pieniędzy z kieszeni do kieszeni niż na faktyczne udogodnienia, jakimi byłoby obniżenie ZUS czy VAT, aby pracodawcom zostało więcej pieniędzy dla pracownika. Ale nie miejsce tu na dyskusje o polityce. W każdym razie niektóre samorządy już przycinają obiecane dotacje, w tym np. w Gorzowie. Prezes Stali, Marek Grzyb, już podnosi larum. SE i GKSŻ będą miały ciężki orzech do zgryzienia. Kontrakty z żużlowcami trzeba będzie prawdopodobnie renegocjować. Czy kluby w tej materii będą zdane jedynie same na siebie, czy centrala przyjdzie z odsieczą? Z pewnością na takie decyzje mamy jeszcze trochę czasu, ale nie wątpię, że panowie Stępniewski czy Szymański już o tym myślą.

Zresztą każdy kto jest świadom obecnej sytuacji, myśli o jej konsekwencjach. Choć nie brakuje w tej materii ignorantów. Jak wszędzie tak i w żużlu znajdują się tacy co lekceważą zagrożenie. Są w tej grupie Duńczycy Patrik Hansen czy Nicolai Klindt. Prezes Ostrovii, Radosław Strzelczyk, ma nadzieję że Klindt zmieni nastawienie. Zmienił je Daniel Bewley, który po niefortunnym wpisie na temat koronawirusa zdążył zamieścić już sprostowanie. Ponoć niefortunnie dobrał słowa. Zresztą Brytyjczycy długo ignorowali zagrożenie. Przy ponad stu ofiarach śmiertelnych dopiero niedawno postanowili zamknąć szkoły. Premiership w końcu też została zawieszona. Póki co do 15 kwietnia, choć Ipswich Witches, z trzykrotnym mistrzem świata Jasonem Crumpem na pokładzie zostało zaprezentowane. Czarownicom na wyjazd na tor pozostanie jednak jeszcze poczekać. Jak i reszcie świata. Oby jak najkrócej!

Tygodnik Żużlowy 13/2020

Rewolucja? Ale to już było...

Żużel jest generalnie prostym sportem z przejrzystymi zasadami. Czterech gości (czasem też kobiety) kręci cztery kółka, a na mecie w zależności od zajętego miejsca dostaje 3, 2, 1 lub 0 punktów. Turnieje indywidualne mają przejrzystą i sprawiedliwą dwudziestobiegową rozpiskę, w której każdy potyka się raz z każdym rywalem. Czwórmecze? Podobnie. Zawody parowe? Tak samo - 21 biegów i sprawa jasna. Z małymi wyjątkami od kilkudziesięciu lat tak wygląda speedway. Od czasu do czasu wszelakie władze żużlowe wpadają jednak na wątpliwej jakości pomysł wprowadzenia rewolucji, która ma dać nową jakość.

Tym razem padło na SoN. Pomimo szumnych zapowiedzi Speedway of Nations na razie daleko do prestiżu Drużynowego Pucharu Świata. Wydaje się, że przyczyną jest na siłę udziwnianie tych rozgrywek. Zaczynając od nazwy - w latach 1970-1993 mieliśmy Mistrzostwa Świata Par, z dwoma nieoficjalnymi próbami w Kempten w 1968 roku i w Sztokholmie w 1969 roku. Liderem klasyfikacji medalowej owego cyklu byli Duńczycy z ośmioma triumfami, głównie za sprawą dominacji "gangu Olsena" w żużlu lat osiemdziesiątych. W latach 1994-1998 z kolei zreorganizowane Drużynowe Mistrzostwa Świata przyjęły formułę turnieju par. Wydawało się więc, że nowe rozgrywki i teraz przyjmą nazwę Mistrzostw Świata Par. FIM postanowiła jednak tchnąć nieco nowoczesności i tradycyjną nazwę zastąpić tworem Speedway of Nations.

Na tym nie koniec jednak udziwnień. Sam turniej postanowiono przeprowadzić w formule dwudniowej rywalizacji, w której o tytule decyduje i tak... jeden finałowy bieg. A więc dwa dni, 42 biegi, tylko po to by jeden defekt mógł zniweczyć całą walkę. W tym roku FIM poszedł o krok dalej - postanowiono pomanipulować przy punktacji biegowej. O ile system 4-3-2-0 przewijał się już kilkukrotnie w historii, o tyle nigdzie nie przetrwał dłużej. Ostatni przykład jego zastosowania mieliśmy przy okazji rozgrywanego przez One Sport turnieju Speedway Best Pairs. Tam również próbowano wymyślić koło na nowo i formuła ta obowiązywała w pierwszych dwóch edycjach - w sezonach 2013 i 2014. Od roku 2015 powrócono do tradycyjnej punktacji. "Stosowana rok temu formuła 4-3-2-0 nie do końca się przyjęła, przeanalizowaliśmy sytuację dokładnie i stwierdzamy, że lepiej wrócić do normalnej punktacji. " - stwierdził wtedy Jan Konikiewicz z One Sport. Szybko udało się przejrzeć na oczy i zauważyć że nie ma sensu zmieniać czegoś co wszyscy dobrze znają.

Wydaje się to oczywiste. Po co mieszać w sprawdzonej punktacji, którą każdy zna? Jest to przede wszystkim mniej przejrzyste dla kibiców, bo mniej intuicyjne. Jak zawodnik zdobywa powiedzmy 13 punktów i bonus w postaci (3,3,2,2*,3) wszyscy odruchowo wiemy co to znaczy - bardzo dobry występ, porażka z jednym rywalem. Co taki sam dorobek oznacza w nowym systemie? Tu już trzeba trochę pogłówkować. Tylko po co? W imię czego? A jak jeszcze przy zawodniku pojawią się jakieś „czwórki” to obraz mamy już kompletnie zamazany. Nowa formuła ma sprzyjać walce drużynowej. W jaki sposób? Zapewne chodzi o to, aby pilnować swojego partnera przy wyniku 3:3 (przy nowej punktacji - 5:4), zamiast ruszać w pogoń za prowadzącym rywalem. A co ma zrobić prowadzący? Celowo spaść na drugą lokatę aby blokując jednego z rywali próbować pomóc swojemu partnerowi? Już pomijając, że faktycznie jakiś defekt czy wykluczenie w ogóle odbierze sens jakiejkolwiek rywalizacji - samotny zawodnik w żaden sposób nie będzie w stanie nawet zremisować biegu.

One Sport dostrzegło po dwóch latach, że ta punktacja nie przynosi żadnej wartości dodanej, a jedynie miesza w głowie kibicom. Ile czasu zajmie FIM-owi dojście do tego wniosku? Miejmy nadzieję, że nie dłużej. W kolejce czekają do zniesienia kolejne absurdalne przepisy, typu rezerwowy, który musi być młodzieżowcem i musi odjechać chociaż jeden bieg. Jakby nie można było zrobić klasycznego turnieju parowego z przejrzystą punktacją. One też bywały emocjonujące, każdy bieg był wtedy istotny. Obecnie czasem w drugiej części turnieju emocje opadają, bo już wiadomo kto będzie w barażu, a kto w finale i mamy rozprężenie w oczekiwaniu na decydującą fazę zawodów. Przy klasycznym formacie mielibyśmy pewność, że wygra faktycznie najlepszy. Czasem mam jednak wrażenie, że nie o to chodzi we współczesnym żużlu...

Tygodnik Żużlowy 13/2020

wtorek, 24 marca 2020

Nic o nas bez nas

Wygląda na to, że włodarze miast w których obecny jest żużel powiedzieli w końcu dość. W wywiadzie opublikowanym w Tygodniku Żużlowym, prezydent miasta Leszna, Łukasz Borowiak, oznajamia że na ostatniej prostej jest utworzenie stowarzyszenia samorządowego żużlowych miast. Prezydentom coraz mniej odpowiadają wymagania stawiane przez Speedway Ekstraligę.

Właściwie nie ma co się temu dziwić. Polska liga uchodzi za najsilniejszą na świecie, zarobki tu są kilkukrotnie większe niż w innych krajach. Problem w tym, że jest to zasługa samorządów. Kilkumilionowe miejskie dotacje na kluby żużlowe nie są już niczym dziwnym. Stanowią one ich znaczny procent budżetów. Stąd i zarobki zawodników większe. Za granicą samorządy w takim stopniu nie dofinansowują żużla, większość leży na barkach sponsorów i właścicieli. Nie ma co się dziwić, że stawki i wynagrodzenie są tam mniejsze.

Problemem są wygórowane wymagania jakie Speedway Ekstraliga stawia w kontekście stadionów. Rok po roku samorządy postawione są w sytuacji bez wyjścia. Stadiony są zazwyczaj własnością miejską, to na włodarzach miast spoczywa obowiązek ich utrzymywania oraz rozbudowy. Z każdym kolejnym sezonem Speedway Ekstraliga narzuca kolejne wymagania, które należy spełnić. W przypadku ich nie spełnienia klub żużlowy może nie otrzymać licencji na kolejny sezon. Jest to groźba poważna, więc miasta są w sytuacji bez wyjścia. Nikt nie może sobie pozwolić na zaniedbania w tej materii i złość kibiców, którzy są potencjalnymi wyborcami.

A budżety nie są z gumy. Miasta mają też inne potrzeby. Dlatego prezydent Borowiak chce, aby włodarze SE przed wyśrubowaniem kolejnych wymagań konsultowały się z samorządami, aby wspólnie ustalić co należy zrobić na stadionach. O ile oglądanie zawodów w komfortowych warunkach jest istotne, o tyle wysokie wymagania dziwią jeśli się spojrzy za granicę. Tam czasami nawet imprezy z cyklu Grand Prix odbywają się na stadionach z wałami trawiastymi zamiast trybun i z bardzo nikłą infrastrukturą. I nikt nie widzi w tym problemu. W Polsce za to śrubuje się wymagania, może nawet zbyt mocno, a ich koszta zrzuca na samorządy. Wspomniany dialog wydaje się więc słusznym rozwiązaniem. Z perspektywy SE i klubów żużlowych łatwo wydaje się nie swoje pieniądze i zrzuca problem na kogoś innego. Nie dziwi więc, że w końcu pojawił się jakiś sprzeciw.

Nie chodzi tu o robienie komukolwiek pod górkę, ale o wzięcie pod uwagę głosu tych, którzy muszą te pieniądze wydać. Samorządowcy chcą mieć większy wpływ na to jakie wymagania stawia SE w zakresie infrastruktury, stąd powołanie stowarzyszenia. Wspólny głos ma większą siłę przebicia. Miasta liczą na to, że będą partnerem z którym SE będzie się liczyć. W końcu slogan „Najlepsza żużlowa liga świata” bez wsparcia miejskich pieniędzy nie byłby prawdziwy…

Tygodnik Żużlowy 12/2020

Dzienniki motocyklowe (7): Koronawirus w żużlu nam wyrósł

Koronawirus na głowie mi wyrósł - taka prześmiewcza piosenka stała się ostatnio hitem internetu. Z samym koronawirusem nie ma jednak żartów. Zbiera on pokaźne żniwo nie tylko w Chinach, ale również w wielu europejskich krajach. Przypadek śmiertelny mamy już w Polsce, kolejne restrykcje i izolacje wprowadza polski rząd. Coraz większa liczba zakażonych wymusiła na wielorakich organizacjach podjęcie drastycznych kroków. Dotknęły one zwłaszcza świat sportu, w tym piłki nożnej. Niektóre ligi zostały zawieszone. Kilka spotkań europejskich pucharów odbyło się bez udziału publiczności, ostatecznie rozgrywki zostały również zawieszone.

Problem ten powoli zaczyna dotykać także żużla. We wtorek 10. marca premier Morawiecki podjął decyzję o odwołaniu wszystkich imprez masowych. Przy czym wojewodowie mogą ewentualnie zezwolić na imprezę bez udziału publiczności. Jak wiemy budżety klubów żużlowych są w ogromnej mierze uszyte z zysków z biletów, ta druga opcja więc raczej nie wchodzi w grę. Z tego powodu odwołano (przesunięto) już kilka imprez: mecz Polska - Australia w Toruniu, Memoriał Edwarda Jancarza w Gorzowie, Super Mecz Polonia - Unia w Bydgoszczy czy kilka innych. A to dopiero początek. W środę 11. marca GKSŻ opublikowała komunikat, w którym nie wyraża zgody na organizację zawodów treningowych (sparingów) do dnia 1 kwietnia. Dzień później wraz z PZM podjęto decyzję o takim zakazie aż do odwołania.

Wszyscy zastanawiają się co z inauguracją ligi. Z żużlem nie jest w tym wypadku jeszcze tak źle. O wiele większy ból głowy mają zarządzający rozgrywkami piłkarskimi. Tam sezon jest w pełni, a właściwie nawet wkracza w decydującą fazę. Liga Mistrzów weszła już w fazę pucharową, rozgrywki lig krajowych już dawno przekroczyły półmetek. Przesunąć spotkania? Ze względu na Euro nie ma na kiedy. Wstrzymać rozgrywki i zatwierdzić obecne wyniki? Spotka się to z falą protestów - niektórzy jeszcze mają matematyczne szanse na tytuły. Anulować całe rozgrywki? Też nie wchodzi w grę - w przypadku Liverpoolu sezon, w którym ich dominacja w lidze jest największa w historii musiałby zostać wymazany... Coraz częściej mówi się więc o przesunięciu europejskiego czempionatu na rok 2021.

W żużlu rozgrywki jeszcze się nie zaczęły - inauguracja PGE Ekstraligi zaplanowana jest na trzeciego kwietnia. Wystarczy przełożyć jedynie trzy kolejki, aby mieć spokój aż do maja. Do tego czasu sytuacja powinna się wyklarować. Zaległe mecze można rozegrać w przerwie wakacyjnej. Trzeba je tam co prawda nieco dopchnąć kolanem, ale to nie powinno być dużym problemem. W przypadku dłużej przerwy może w końcu doczekamy się ligi, w której każdy mecz jest ważny i nie ma żadnych kalkulacji - czyli ligi bez play-off? Byłbym z takiego obrotu spraw bardzo zadowolony. Za dużo mamy odpuszczania w ostatnich kolejkach, ustawiania sobie rywali na decydującą fazę sezonu i tym podobnych. W przypadku ligi składającej się tylko z rundy zasadniczej, każdy mecz byłby istotny. Nie ważne czy na początku sezonu, czy na końcu. Czy z rywalem z góry tabeli, czy z tym broniącym się przed spadkiem. Nie byłoby odpuszczania.

Do tego chyba jednak nie dojdzie. Play-offy przyciągają tłumy kibiców - zarówno na stadiony jak i przed telewizory. Kluby nie pozwolą sobie na odpuszczenie takiego zastrzyku finansowego. Będzie więc upychanie terminarza. Ciekawe czy sytuacja ustabilizuje się do czasu startu cyklu Grand Prix? Pierwszą rundę zaplanowano na 16. maja w Warszawie. O ile przekładanie ligi nie jest problemem, o tyle rozgrywek o Indywidualne Mistrzostwo Świata już tak. Co prawda prezes PZM Michał Sikora powiedział, że nie wyobraża sobie scenariusza, w którym Grand Prix w Warszawie nie odbędzie się w wyznaczonym terminie, ale przecież wszystko jest zależne od tego jak rozwinie się sytuacja. Na razie rokowania chyba jednak nie są optymistyczne.

Na dzisiaj trudno przewidzieć jak to się zakończy. Na najbliższy tydzień prezes Speedway Ekstraligi Wojciech Stępniewski zaplanował konsultacje online z prezesami klubów. Na podobny ruch zdecydował się przewodniczący GSKŻ Piotr Szymański. Ponoć w grze są cztery warianty. Jakie? Tego na razie nikt nie chce zdradzić. Zapewne jest to przesunięcie pierwszych kolejek, anulowanie play-off'ów lub odwołanie całych rozgrywek. Miejmy nadzieję, że do tego ostatniego nie dojdzie, aczkolwiek wiadomo że najważniejsze jest zdrowie ludzi. Kibiców, ale i też sportowców - w ostatnich dniach koronawirusa zdiagnozowano u piłkarzy czy koszykarzy. W tęsknocie za nadchodzącym sezonem możemy jedynie obserwować poprzez social media filmiki żużlowców trenujących za granicą. Chociaż już i tych coraz mniej, w innych krajach również wprowadzają obostrzenia. Pozostaje więc nam tylko uruchomić stare retransmisje, albo poczytać książki o historii żużla. Na dopisanie do nich kolejnych rozdziałów przyjdzie jeszcze trochę poczekać.

Tygodnik Żużlowy 12/2020

Warkot historii (1): Ostatni mohikanin, ostatni kowboj

Wraz z przejściem Grega Hancocka na emeryturę zakończyła się pewna era nie tylko światoweg, ale głównie amerykańskiego żużla. "Herbie" był ostatnim członkiem reprezentacji USA, który pamięta medal Drużynowych Mistrzostw Świata. Ten ostatni, brązowy, Jankesi wywalczyli na doskonale sobie znanym torze w Coventry. A było to już prawie dwadzieścia lat temu - 17 września 2000 roku.

Droga Amerykanów do finału, wiodła przez półfinał w Landshut. Tam pokonali oni m. in. Duńczyków, którzy czekali dopiero na swoją zmianę pokoleniową. Gwiazda Nickiego Pedersena miała dopiero rozbłysnąć, a Brian Karger czy Brian Andersen nie byli w stanie nawiązać do sukcesów Hansa Nielsena i Tommy'ego Knudsena. W Coventry reprezentacja USA była reprezentowana aż przez trzech mistrzów świata - Ermolenkę, Hamilla i oczywiście Hancocka. Wsparci oni byli niezwykle charyzmatycznym Johnem Cookiem i będącym nieco w cieniu kolegów Brentem Wernerem. Trzej amerykańscy żużlowcy w przeciągu pięciu sezonów zdobyli tytuł indywidualnego mistrza świata - była to sytuacja dosyć nietypowa. W latach 90-tych więcej tytułów padło łupem jedynie Szwedów, cztery, a to głównie za sprawą Tony Rickardssona, który trzykrotnie stawał na najwyższym stopniu podium. Dwa tytuły dorzucili Duńczycy w osobach Hansa Nielsena i Jana O. Pedersena, jeden zgarnął sensacyjny zwycięzca z Wrocławia w 1992 roku - Gary Havelock.

Sam Ermolenko mistrzostwo zdobył jeszcze w czasach finałów jednodniowych - było to w 1993 roku w Pocking, gdzie swój debiut w imprezie najwyższej rangi zaliczył Tomasz Gollob. Bydgoszczanin z ośmioma punktami zajął siódme miejsce. Zresztą obaj zawodnicy bardzo dobrze się znali. "Sudden Sam", który w wyniku odniesionych na torze kontuzji miał jedną nogę krótszą, przez trzy sezony był podporą Polonii Bydgoszcz, gdzie wraz z braćmi Gollobami wydatnie przyczynił się do wygrania ligi w 1992 roku. W jednym sezonów osiągnął zawrotną średnią 2,886 punku na bieg, w siedmiu meczach ani razu nie dojeżdżając do mety na pozycji gorszej niż druga.

Ciekawa historia stała za tytułem mistrzowskim Hamilla. Początek sezonu cyklu Grand Prix w 1996 roku należał do Hansa Nielsena. Duńczyk na inaugurację był trzeci we Wrocławiu, kolejne dwa turnieje (w Lonigo i Pocking) wygrał. Mimo małej zadyszki w drugiej części sezonu, do finałowych zawodów w Vojens, przed własną publicznością, przystępował z dziewięcioma punktami przewagi nad Hamillem, reszta stawki w walce o złoto już się nie liczyła. Tylko kataklizm mógł odebrać Duńczykowi tytuł. Albo praca zespołowa. Hans Nielsen rundę zasadniczą zakończył po 18. biegu. Z dziesięcioma punktami na koncie czekał na dalszy rozwój wydarzeń. W dwudziestej odsłonie dnia pod taśmą stanęli Loram, Protasiewicz, Ermolenko i Hamill. Anglik w przypadku triumfu wyrzuciłby Hansa z finału A. Tak też się stało. Protasiewicz przyblokowany po starcie przez Hamilla w biegu się nie liczył. Na czoło stawki wysunął się Ermolenko, który za chwilę przepuścił przed siebie Lorama. Anglik ostatecznie wygrał bieg. Sytuacja Nielsena skomplikowała się. Duńczyk zrobił jeszcze co w swojej mocy - wygrał finał B. Aby zostać mistrzem świata musiał liczyć na to, że Hamill nie triumfuje w ostatniej odsłonie dnia. "Bullet" w finale startował jednak razem z Hancockiem, Ermolenką i Loramem. Po starcie Hamill wysunął się na prowadzenie, pozostali Amerykanie zajęli się blokowaniem Anglika. Szarżujący Loram przedarł się na drugie miejsce, ale na złapanie Hamilla nie starczyło już czasu. Zespołowa jazda w ostatnim turnieju dała Billy'emu jego jedyny tytuł.

Kolejny sezon w pełni należał do Teamu Exide. Tym razem nie było emocji do samego końca. Pewny triumf w cyklu Grand Prix odniósł Hancock, drugi był Hamill. Za nim na podium stanął Gollob, zdobywając swój pierwszy medal Indywidualnych Mistrzostw Świata. Greg Hancock po tym triumfie na kolejne złoto czekał aż czternaście lat - do 2011 roku. Kolejne dwa złote krążki zdobyte w 2014 i 2016 roku pozwoliły mu się zrównać z osiągnięciami takich legend jak Barry Briggs czy Hans Nielsen.

Czwartym do brydża w Coventry był John Cook. Nieco mniej utytułowany, ale niezmiernie charyzmatyczny Jankes, w dniu finału miał już prawie 42 lata. Cook nie odnosił spektakularnych sukcesów, ale medal z Coventry był już jego czwartym w drużynówce. Amerykanin w lidze polskiej jeździł rzadko. Zasłynął jednak w spotkaniu Stali Gorzów z Atlasem Wrocław tym, że po defekcie motocykla przed startem udawał próbę startu... bez motoru. Tego wrześniowego wieczora w Coventry wywalczył jednak cenne 7 punktów. Prym wiedli oczywiście Hamill i Hancock, którzy na co dzień startowali na torze Brandon z pszczołą na plastronie. Hancock, z szesnastoma punkami i bonusem na koncie, był najlepszym zawodnikiem finału. Hamill dorzucił 10 "oczek". Ermolenko po pechowym upadku w pierwszej odsłonie dnia powiększył dorobek Amerykanów o zaledwie dwa punkty. Wystarczyło to na pokonanie "jedynie" Australijczyków (z Crumpem, Adamsem i Sullivanem na czele). Do triumfujących Szwedów zabrakło pięciu punktów, zresztą tyle samo co do drugich Anglików, którzy dopiero po biegu dodatkowym uznali wyższość reprezentantów kraju Trzech Koron.

Po sezonie kewlar na kołek postanowił odwiesić Ermolenko. Sami Hancock z Hamillem nie byli w stanie dać Jankesom kolejnych medali. Jeszcze w kolejnym sezonie, na inaugurację nowego cyklu o Drużynowy Puchar Świata (Speedway World Cup), Amerykanie awansowali do pięciozespołowego finału we Wrocławiu, w którym nie odegrali jednak większej roli. Od tamtej pory kowbojów już w finałach nie było... Obecnie coraz śmielej na europejskie tory wdziera się amerykańska młodzież, Luke Becker ma za sobą nawet kilka udanych spotkań w polskiej drugiej lidze. Jednak na sukcesy żużlowców zza Atlantyku przyjdzie nam pewnie jeszcze kilka lat poczekać."

Tygodnik Żużlowy 11/2020

Dzienniki motocyklowe (6): Prezesa Mrozka niefortunne wpadki

Prezes Mrozek jest postacią kontrowersyjną. Jedni (głównie kibice ROW-u) go kochają, inni nienawidzą. Tych drugich jest jednak ostatnio coraz więcej. Nie da się ukryć, że prezes Mrozek dla rybniczan zrobił bardzo wiele. Objął stery w momencie gdy klub był na dnie, a zespół jeździł w drugiej lidze. Udało mu się dwukrotnie wprowadzić ROW do Ekstraligi, w tym raz na torze. Jego wkład w te sukcesy jest niezaprzeczalny. Niestety prezes Mrozek słynie też z ciętego języka, a właściwie z tego, że mówi co myśli.

Można odnieść wrażenie, że to nie kwestia złych doradców, ale ich braku. Nie ma nikogo, kto by kontrolował, aby prezes za dużo nie "chlapnął". Wszyscy pamiętają, jak prezes swojego czasu w emocjonalnej wypowiedzi nazwał Grigorija Łagutę, za co potem grożono mu pozwem. Z kolei podczas jednego z ligowych spotkań wygłosił w niekulturalny sposób reporterce swoją opinię na temat potencjalnego awansu swojego zespołu. Nawet nie chodzi o piastowane stanowisko - taki język nie przystoi nikomu. Prezes Mrozek w ubiegłym tygodniu znowu strzelił sobie w stopę, tym razem niepochlebnie wypowiadając się o szkoleniu w Świętochłowicach. "Nie ma czegoś takiego jak szkółka Krzysztofa Basa ze Świętochłowic" napomknął na konferencji prasowej, aby potem dodać jeszcze "Jeżeli mam ocenić te treningi wspólne, to poziom moich najgorszych juniorów był o trzy klasy lepsze od najlepszych ze Świętochłowic", dodając, że szkółka Śląska składa się głównie z zawodników, którzy zostali usunięci ze szkółki rybnickiej, gdyż nie rokowali na przyszłość.

Nie trzeba było długo czekać na reakcję. W liście otwartym do tej sytuacji odniósł się prezes Śląska Świętochłowice, Krzysztof Sichma. Stwierdził on m.in. "Szkółka MS Śląsk, prowadzona przez Pana Krzysztofa Basa od Speedway Reaktywacji w lipcu 2015 r. wyszkoliła łącznie sześciu licencjonowanych zawodników. Jednym z nich jest Dawid Kołodziej, który swoją przygodę z żużlem w 2014 r. zaczynał w szkółce ROW" oraz " w okresie od lipca 2015 r. do końca 2019 r. przewinęło się przez naszą szkółkę około trzydziestu adeptów, z czego ANI JEDEN (po śląsku ŻŎDYN ) nie był wcześniej związany z klubem z Rybnika" (pisownia oryginalna).

Już abstrahując od o wiele przystępniejszej formy oświadczenia prezesa Sichmy (ale to można zrozumieć - wypowiedzi udzielane na żywo zawsze cechuje większa spontaniczność i emocjonalność) to prezes Mrozek skutecznie został wypunktowany za pomocą faktów. W dalszej części listu dowiadujemy się szczegółów na temat wspólnych treningów i współpracy Krzysztofa Basa z rybnickim klubem, za którą to nie otrzymał wynagrodzenia. Nie zabrakło również "szpili": "Proszę również przyjąć od nas dobrą radę aby z osobami które pracują dla Pańskiego klubu bezpłatnie na „próbę” sporządzić chociaż umowę o wolontariat." Zdecydowanie z tej batalii zwycięsko wyszedł Śląsk Świętochłowice.

W tym miejscu warto zwrócić uwagę, na heroiczną walkę, jaką działacze Śląska prowadzą, aby żużel w ich mieście nie zginął. Praktycznie mimo braku stadionu i ograniczonego budżetu prężnie działa szkółka, której adepci co i rusz zdają egzamin na licencję żużlową. Warto takiej inicjatywie przyklasnąć i wspierać, zwłaszcza że chodzi o ten sam region. ROW-owi Rybnik powinno zależeć na odrodzeniu silnego klubu w bezpośrednim sąsiedztwie. Rzucanie niepopartych niczym oskarżeń nikomu nic dobrego nie przyniesie. A zwłaszcza prezesowi Mrozkowi.

Tygodnik Żużlowy 11/2020

Dzienniki motocyklowe (5) po latach: Odszedł król, powrócił król

To nie pomyłka. Parafraza znanego powiedzenia "Umarł król, niech żyje król", jest tu celowa, gdyż orginał brzmiał zbyt dramatycznie. Nikt nie umarł. Jedynie Greg Hancock udał się na sportową emeryturę. Wieść o tym, że czterokrotny indywidualny mistrz świata odwiesił kewlar na kołek gruchnęła w żużlowym środowisku 14. lutego. Jednak właściwie każdy spodziewał się takiego obrotu spraw od praktycznie roku. "Herbie" po roku opieki nad żoną polubił domowe zacisze i czas spędzany z rodziną. Ostatecznie definitywnie powiedział "pas". Zmartwił tym głównie fanów i działaczy rybnickiego ROW-u. Prezes Mrozek, po ubiegłorocznym awansie, nie miał łatwej zimy. Niezwykle trudno było sprowadzić czołowych żużlowców do śląskiego klubu. Musiano się zadowolić żużlowcami niechcianymi w innych klubach, wspartymi zawodnikami którzy wywalczyli awans. Mrozkowi udało się jednak podpisać tzw. „warszawkę” z Hancockiem, aby w ramach możliwości wsparł "Rekiny" w walce o utrzymanie. Już więc wiadomo, że do tego nie dojdzie. Może to i lepiej dla zawodników ROW-u? Żużlowcy nie będą przynajmniej jeździli z obawą, że w kolejnym meczu nagle mogą zostać odsunięci od składu, bo Gregowi przyszła ochota na jazdę...

Bardziej zaskakująca była informacja, która obiegła żużlowy świat we wtorek 18. lutego. Otóż trzykrotny Indywidualny Mistrz Świata, Jason Crump, wraca na tor! To znaczy Jason już i tak okazjonalnie ścigał się w Australii, ale ostatnio postanowił podpisać kontrakt w brytyjskiej Premiership. Crump wraca więc do Europy po siedmiu latach przerwy. Rozpalił tym samym wyobraźnię kibiców żużlowych w całej Europie. W tym oczywiście w Polsce. Już się rozpoczęły spekulacje, czy Australijczyk byłby w stanie wzmocnić jakąś drużynę z Nice Ligi, a może nawet SE? Wydaje się to jednak wątpliwe. O ile angielska Premiership jest ligą bardzo ciekawą i wymagającą technicznie, o tyle poziom jej jest z roku na rok coraz niższy, mimo pojawiających się ciekawych, nowych nazwisk. Crump podpisał kontrakt w Ipswich, w którym będzie występował na pozycji rezerwowego. Z niższym numerem będzie miał łatwiejsze biegi, więc łatwiej będzie mu o kilka punktów. Marketingowo strzał w dziesiątkę. Z pewnością lidze angielskiej się przyda.

W Polsce tak łatwo by nie było, nawet w Nice lidze, gdzie pewnie wymagano by od niego jazdy na poziomie lidera. Zresztą Crump na polską ligę musiałby poczynić kolejne inwestycje w sprzęt, od nowa zaplanować logistykę. Póki co pewnie jazda w Anglii mu w zupełności wystarczy. Może w kolejnym sezonie? Polscy kibice będą się musieli więc obejść smakiem. A zwłaszcza ci w Rybniku. Prezes Mrozek nie będzie miał łatwego zadania - ostatnio okazało się nawet, że Piotr Świderski nie zostanie trenerem śląskiego zespołu. W zeszłym roku w trudnej sytuacji był lubelski Motor. Lublinianie, moim zdaniem, byli jednak niedoceniani. Dysponowali solidną juniorką oraz Michelsenem, któremu wielu wieszczyło przełomowy sezon. I to się sprawdziło. ROW tych atutów nie ma. Zdecydowanie trudno porównywać duet Tudzież - Giera z Lamparem i Trofimowem. Milika z kolei nikt w SE nie chciał, Mateusz Szczepaniak nigdy na najwyższym poziomie rozgrywkowym nie błyszczał. Historia zna jednak nie takie niespodzianki, dlatego nikogo na starcie nie można przekreślać. Przy dobrej atmosferze, ambicji i odrobinie szczęścia, ROW jest w stanie się utrzymać nawet bez Hancocka. I bez Crumpa. Nadchodzący sezon z pewnością będzie ciekawy.

Tygodnik Żużlowy 10/2020