Żużel jest generalnie prostym sportem z przejrzystymi zasadami. Czterech gości (czasem też kobiety) kręci cztery kółka, a na mecie w zależności od zajętego miejsca dostaje 3, 2, 1 lub 0 punktów. Turnieje indywidualne mają przejrzystą i sprawiedliwą dwudziestobiegową rozpiskę, w której każdy potyka się raz z każdym rywalem. Czwórmecze? Podobnie. Zawody parowe? Tak samo - 21 biegów i sprawa jasna. Z małymi wyjątkami od kilkudziesięciu lat tak wygląda speedway. Od czasu do czasu wszelakie władze żużlowe wpadają jednak na wątpliwej jakości pomysł wprowadzenia rewolucji, która ma dać nową jakość.
Tym razem padło na SoN. Pomimo szumnych zapowiedzi Speedway of Nations na razie daleko do prestiżu Drużynowego Pucharu Świata. Wydaje się, że przyczyną jest na siłę udziwnianie tych rozgrywek. Zaczynając od nazwy - w latach 1970-1993 mieliśmy Mistrzostwa Świata Par, z dwoma nieoficjalnymi próbami w Kempten w 1968 roku i w Sztokholmie w 1969 roku. Liderem klasyfikacji medalowej owego cyklu byli Duńczycy z ośmioma triumfami, głównie za sprawą dominacji "gangu Olsena" w żużlu lat osiemdziesiątych. W latach 1994-1998 z kolei zreorganizowane Drużynowe Mistrzostwa Świata przyjęły formułę turnieju par. Wydawało się więc, że nowe rozgrywki i teraz przyjmą nazwę Mistrzostw Świata Par. FIM postanowiła jednak tchnąć nieco nowoczesności i tradycyjną nazwę zastąpić tworem Speedway of Nations.
Na tym nie koniec jednak udziwnień. Sam turniej postanowiono przeprowadzić w formule dwudniowej rywalizacji, w której o tytule decyduje i tak... jeden finałowy bieg. A więc dwa dni, 42 biegi, tylko po to by jeden defekt mógł zniweczyć całą walkę. W tym roku FIM poszedł o krok dalej - postanowiono pomanipulować przy punktacji biegowej. O ile system 4-3-2-0 przewijał się już kilkukrotnie w historii, o tyle nigdzie nie przetrwał dłużej. Ostatni przykład jego zastosowania mieliśmy przy okazji rozgrywanego przez One Sport turnieju Speedway Best Pairs. Tam również próbowano wymyślić koło na nowo i formuła ta obowiązywała w pierwszych dwóch edycjach - w sezonach 2013 i 2014. Od roku 2015 powrócono do tradycyjnej punktacji. "Stosowana rok temu formuła 4-3-2-0 nie do końca się przyjęła, przeanalizowaliśmy sytuację dokładnie i stwierdzamy, że lepiej wrócić do normalnej punktacji. " - stwierdził wtedy Jan Konikiewicz z One Sport. Szybko udało się przejrzeć na oczy i zauważyć że nie ma sensu zmieniać czegoś co wszyscy dobrze znają.
Wydaje się to oczywiste. Po co mieszać w sprawdzonej punktacji, którą każdy zna? Jest to przede wszystkim mniej przejrzyste dla kibiców, bo mniej intuicyjne. Jak zawodnik zdobywa powiedzmy 13 punktów i bonus w postaci (3,3,2,2*,3) wszyscy odruchowo wiemy co to znaczy - bardzo dobry występ, porażka z jednym rywalem. Co taki sam dorobek oznacza w nowym systemie? Tu już trzeba trochę pogłówkować. Tylko po co? W imię czego? A jak jeszcze przy zawodniku pojawią się jakieś „czwórki” to obraz mamy już kompletnie zamazany. Nowa formuła ma sprzyjać walce drużynowej. W jaki sposób? Zapewne chodzi o to, aby pilnować swojego partnera przy wyniku 3:3 (przy nowej punktacji - 5:4), zamiast ruszać w pogoń za prowadzącym rywalem. A co ma zrobić prowadzący? Celowo spaść na drugą lokatę aby blokując jednego z rywali próbować pomóc swojemu partnerowi? Już pomijając, że faktycznie jakiś defekt czy wykluczenie w ogóle odbierze sens jakiejkolwiek rywalizacji - samotny zawodnik w żaden sposób nie będzie w stanie nawet zremisować biegu.
One Sport dostrzegło po dwóch latach, że ta punktacja nie przynosi żadnej wartości dodanej, a jedynie miesza w głowie kibicom. Ile czasu zajmie FIM-owi dojście do tego wniosku? Miejmy nadzieję, że nie dłużej. W kolejce czekają do zniesienia kolejne absurdalne przepisy, typu rezerwowy, który musi być młodzieżowcem i musi odjechać chociaż jeden bieg. Jakby nie można było zrobić klasycznego turnieju parowego z przejrzystą punktacją. One też bywały emocjonujące, każdy bieg był wtedy istotny. Obecnie czasem w drugiej części turnieju emocje opadają, bo już wiadomo kto będzie w barażu, a kto w finale i mamy rozprężenie w oczekiwaniu na decydującą fazę zawodów. Przy klasycznym formacie mielibyśmy pewność, że wygra faktycznie najlepszy. Czasem mam jednak wrażenie, że nie o to chodzi we współczesnym żużlu...
Tygodnik Żużlowy 13/2020
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz