wtorek, 24 marca 2020

Warkot historii (1): Ostatni mohikanin, ostatni kowboj

Wraz z przejściem Grega Hancocka na emeryturę zakończyła się pewna era nie tylko światoweg, ale głównie amerykańskiego żużla. "Herbie" był ostatnim członkiem reprezentacji USA, który pamięta medal Drużynowych Mistrzostw Świata. Ten ostatni, brązowy, Jankesi wywalczyli na doskonale sobie znanym torze w Coventry. A było to już prawie dwadzieścia lat temu - 17 września 2000 roku.

Droga Amerykanów do finału, wiodła przez półfinał w Landshut. Tam pokonali oni m. in. Duńczyków, którzy czekali dopiero na swoją zmianę pokoleniową. Gwiazda Nickiego Pedersena miała dopiero rozbłysnąć, a Brian Karger czy Brian Andersen nie byli w stanie nawiązać do sukcesów Hansa Nielsena i Tommy'ego Knudsena. W Coventry reprezentacja USA była reprezentowana aż przez trzech mistrzów świata - Ermolenkę, Hamilla i oczywiście Hancocka. Wsparci oni byli niezwykle charyzmatycznym Johnem Cookiem i będącym nieco w cieniu kolegów Brentem Wernerem. Trzej amerykańscy żużlowcy w przeciągu pięciu sezonów zdobyli tytuł indywidualnego mistrza świata - była to sytuacja dosyć nietypowa. W latach 90-tych więcej tytułów padło łupem jedynie Szwedów, cztery, a to głównie za sprawą Tony Rickardssona, który trzykrotnie stawał na najwyższym stopniu podium. Dwa tytuły dorzucili Duńczycy w osobach Hansa Nielsena i Jana O. Pedersena, jeden zgarnął sensacyjny zwycięzca z Wrocławia w 1992 roku - Gary Havelock.

Sam Ermolenko mistrzostwo zdobył jeszcze w czasach finałów jednodniowych - było to w 1993 roku w Pocking, gdzie swój debiut w imprezie najwyższej rangi zaliczył Tomasz Gollob. Bydgoszczanin z ośmioma punktami zajął siódme miejsce. Zresztą obaj zawodnicy bardzo dobrze się znali. "Sudden Sam", który w wyniku odniesionych na torze kontuzji miał jedną nogę krótszą, przez trzy sezony był podporą Polonii Bydgoszcz, gdzie wraz z braćmi Gollobami wydatnie przyczynił się do wygrania ligi w 1992 roku. W jednym sezonów osiągnął zawrotną średnią 2,886 punku na bieg, w siedmiu meczach ani razu nie dojeżdżając do mety na pozycji gorszej niż druga.

Ciekawa historia stała za tytułem mistrzowskim Hamilla. Początek sezonu cyklu Grand Prix w 1996 roku należał do Hansa Nielsena. Duńczyk na inaugurację był trzeci we Wrocławiu, kolejne dwa turnieje (w Lonigo i Pocking) wygrał. Mimo małej zadyszki w drugiej części sezonu, do finałowych zawodów w Vojens, przed własną publicznością, przystępował z dziewięcioma punktami przewagi nad Hamillem, reszta stawki w walce o złoto już się nie liczyła. Tylko kataklizm mógł odebrać Duńczykowi tytuł. Albo praca zespołowa. Hans Nielsen rundę zasadniczą zakończył po 18. biegu. Z dziesięcioma punktami na koncie czekał na dalszy rozwój wydarzeń. W dwudziestej odsłonie dnia pod taśmą stanęli Loram, Protasiewicz, Ermolenko i Hamill. Anglik w przypadku triumfu wyrzuciłby Hansa z finału A. Tak też się stało. Protasiewicz przyblokowany po starcie przez Hamilla w biegu się nie liczył. Na czoło stawki wysunął się Ermolenko, który za chwilę przepuścił przed siebie Lorama. Anglik ostatecznie wygrał bieg. Sytuacja Nielsena skomplikowała się. Duńczyk zrobił jeszcze co w swojej mocy - wygrał finał B. Aby zostać mistrzem świata musiał liczyć na to, że Hamill nie triumfuje w ostatniej odsłonie dnia. "Bullet" w finale startował jednak razem z Hancockiem, Ermolenką i Loramem. Po starcie Hamill wysunął się na prowadzenie, pozostali Amerykanie zajęli się blokowaniem Anglika. Szarżujący Loram przedarł się na drugie miejsce, ale na złapanie Hamilla nie starczyło już czasu. Zespołowa jazda w ostatnim turnieju dała Billy'emu jego jedyny tytuł.

Kolejny sezon w pełni należał do Teamu Exide. Tym razem nie było emocji do samego końca. Pewny triumf w cyklu Grand Prix odniósł Hancock, drugi był Hamill. Za nim na podium stanął Gollob, zdobywając swój pierwszy medal Indywidualnych Mistrzostw Świata. Greg Hancock po tym triumfie na kolejne złoto czekał aż czternaście lat - do 2011 roku. Kolejne dwa złote krążki zdobyte w 2014 i 2016 roku pozwoliły mu się zrównać z osiągnięciami takich legend jak Barry Briggs czy Hans Nielsen.

Czwartym do brydża w Coventry był John Cook. Nieco mniej utytułowany, ale niezmiernie charyzmatyczny Jankes, w dniu finału miał już prawie 42 lata. Cook nie odnosił spektakularnych sukcesów, ale medal z Coventry był już jego czwartym w drużynówce. Amerykanin w lidze polskiej jeździł rzadko. Zasłynął jednak w spotkaniu Stali Gorzów z Atlasem Wrocław tym, że po defekcie motocykla przed startem udawał próbę startu... bez motoru. Tego wrześniowego wieczora w Coventry wywalczył jednak cenne 7 punktów. Prym wiedli oczywiście Hamill i Hancock, którzy na co dzień startowali na torze Brandon z pszczołą na plastronie. Hancock, z szesnastoma punkami i bonusem na koncie, był najlepszym zawodnikiem finału. Hamill dorzucił 10 "oczek". Ermolenko po pechowym upadku w pierwszej odsłonie dnia powiększył dorobek Amerykanów o zaledwie dwa punkty. Wystarczyło to na pokonanie "jedynie" Australijczyków (z Crumpem, Adamsem i Sullivanem na czele). Do triumfujących Szwedów zabrakło pięciu punktów, zresztą tyle samo co do drugich Anglików, którzy dopiero po biegu dodatkowym uznali wyższość reprezentantów kraju Trzech Koron.

Po sezonie kewlar na kołek postanowił odwiesić Ermolenko. Sami Hancock z Hamillem nie byli w stanie dać Jankesom kolejnych medali. Jeszcze w kolejnym sezonie, na inaugurację nowego cyklu o Drużynowy Puchar Świata (Speedway World Cup), Amerykanie awansowali do pięciozespołowego finału we Wrocławiu, w którym nie odegrali jednak większej roli. Od tamtej pory kowbojów już w finałach nie było... Obecnie coraz śmielej na europejskie tory wdziera się amerykańska młodzież, Luke Becker ma za sobą nawet kilka udanych spotkań w polskiej drugiej lidze. Jednak na sukcesy żużlowców zza Atlantyku przyjdzie nam pewnie jeszcze kilka lat poczekać."

Tygodnik Żużlowy 11/2020

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz